Ogród dawnych uciech

Współczesny, utrzymany w tradycyjnym stylu polski ogródek z aksamitkami, szałwią błyszczącą,
cyniami, nasturcją i malwami
Ogrody w powieściach Maud zajmują ważne miejsce. Chyba nie ma ani jednej powieści, w której nie byłoby szczegółowego opisu jakiegoś ogródka. Często istotne momenty akcji rozgrywają się właśnie tam. Nawet jedna z powieści nosiła pierwotnie tytuł "Una z ogrodu" (Una of the garden), dopiero później przemianowane na "Kilmeny ze Starego Sadu" (Kilmeny of the Orchard).
"The Clothes Basket" akwarela Helen Allingham
Ogrody pojawiające się w powieściach są różnorodne: od zaniedbanych takich jak przy Ponurym Domu (starej farmie MacAllisterów) czy opuszczonych (ślad po domostwie Hester Gray), poprzez starannie zadbane wiejskie (farma Barrych) i miejskie (Ustronie Patty), aż po rezydencjonalne założenia prowadzone przez fachowych ogrodników (posiadłość Jane Merrion za Lowbridge w "Anii z Wyspy Księcia Edwarda"). Jednak właściwie wszystkie opisy są wariacjami i pochwałami ogrodów wiktoriańskich (cottage gardens). Ich pierwowzór transponowany na PEI wraz z osadnikami powstał w Anglii jeszcze w czasach elżbietańskich. Według popularnych opowieści ogrody te miały powstać  przy domkach wiejskich robotników, gdzie wokół było niewiele miejsca. Tak więc przy minimalnej powierzchni miały im zapewnić pożywienie oraz zioła lecznicze i przyprawowe, zaś kwiaty sadzono w wolnych miejscach dla dekoracji. Te uwarunkowania powodowały, że rośliny sadzono w dużym zagęszczeniu, najczęściej na osobnych kwaterach i grządkach, przedzielonych geometrycznie tyczonymi, żwirowymi lub kamiennymi ścieżkami.  W angielskiej Wikipedii znalazłem informację, iż z analizy historycznej przeprowadzonej przez Helen Leach wynika, że szerokie rozpowszechnienie ogrody te zawdzięczają spopularyzowaniu wśród klas posiadających prostych, odpornych roślin, częściowo dzięki pismom Johna Claudiusa Loudona. Ten szkocki botanik, projektant ogrodów i pisarz pomagał zaprojektować osiedle robotników farmy w  Great Tew, gdzie domki miały zaplecze w postaci akrowej działki, dającej możliwość uprawy warzyw, utrzymania świń i kurczaków.  John Loudon w 1838 roku pisał: „Rzadko obserwuję cokolwiek w przydomowych ogródkach poza ziemniakami, kapustą, fasolą i fasolką szparagową; niekiedy cebulą i pasternakiem i bardzo rzadko groszkiem".
Wiejski ogród w krakowskim Botaniku (piwonie, floksy, rudbekie, nawłocie, ostróżki, szałwie, dzielżany)
Znaczna część kwiatów wówczas miała zwykle praktyczne zastosowanie ze względu na aromat chroniący przed szkodnikami (fiołki), czy zastosowanie w kuchni lub domowej apteczce (nagietki i pierwiosnki). W drugiej połowie XIX idea ogrodu wiktoriańskiego wywodzącego się zarówno z tradycji romantycznej, jak i z prawdziwego angielskiego ogrodu wiejskiego (ogród staromodny) stała się niezwykle popularna wśród angielskiej klasy średniej i "wyemigrowała" do Ameryki. Równoległe w Anglii rozwijał się styl właściwy dla dużych arystokratycznych rezydencji, zwany angielskim parkiem krajobrazowym lub po prostu ogrodem angielskim.
Aleja w Worcester w pobliżu Ombersley obraz olejny Johna Lynas-Gray
W wyniku ewolucji do klasyki wiktoriańskiego ogrodu zaliczono:
-róże, w tym różne formy róży francuskiej, damasceńskiej, stulistnej, róż pnących i chińskich;
-pnącza, w tym wiciokrzewy i powojniki;
-krzewy żywopłotowe, w tym głogi, bez czarny, ostrokrzew, bukszpan, lilaki i śnieguliczka;
-rośliny jednoroczne takie jak: nagietki, fiołki, bratki, lewkonie,  rezedy;
-byliny, najbardziej różnorodną grupę obejmującą m. in.: malwy, goździki ogrodowe, goździki brodate, złocienie, lilie, piwonie, tulipany, krokusy, stokrotki, naparstnice, tojady, lawendy, dzwonki, kokoryczki, wiesiołki, konwalie i wiesiołki;
-zioła takie jak: szałwia, tymianek, bylice i piołuny, kocimiętki, mydlnice, hyzop i marzanka.
Trzeba nadmienić, że sama L.M. Montgomery również była zamiłowaną ogrodniczką i w sezonie z zapałem pielęgnowała swój ogród "zmuszając rośliny do kwitnienia". Zimą przeglądała katalogi nasion i cebulek i czytała wszelkie książki, "w których tytule pojawiało się słowo ogród". Wydaje się, że w opisach powieściowych ogródków i ogrodów wykorzystywała zarówno własną pamięć o realnych miejscach, jak też zapiski czynione w młodości w "ogrodowej księdze". W czerwcu 1910 roku w czasopiśmie Canadian Magazine opublikowała swoisty hymn pochwalny na cześć ogrodów pt.: "A Garden of old delight", którego nieudolne tłumaczenie pozwalam sobie zamieścić poniżej. Bez większego problemu można zauważyć, że spore fragmenty tego tekstu żywcem wchłonęła Historynka (The Story Girl), a niektóre seria o Emilce. W moich zielnikowych poszukiwaniach studium tego tekstu przyniosło interesujące informacje o ptakach PEI (kolibry zalatujące latem na wyspę!). Przyniosła także nauczkę, że nie każda tajemnicza roślina może być odsłonięta (patrz Białe Damy).
Szałwie i aksamitki
A Garden of old delight L.M. Montgomery
Cóż dziwnego, że stara, mądra opowieść o Edenie umieściła początek życia właśnie w ogrodzie? Ogród należy do zarania świata i młodości ludzkości, dlatego nigdy się nie zestarzeje. Lata, które tak wiele kradną i niszczą, ogrodom dodają urody i słodyczy, wzbogacając je pięknymi i subtelnymi wspomnieniami, które nie niszczą ich nieśmiertelnej świeżości. Niemądre jest nazywanie ogrodów „starymi”: gdyż są one są wiecznie młode, ożywiane przez kwiaty i dzieci. Ogród Babci był także zawsze nimi wypełniony.
Niektóre z jej wielu wnuków zawsze przyjeżdżały do starego domu na letnie wakacje. Pewnego lata było tam kilku gości, a doliczając pozostałą dziesiątkę, która mieszkała blisko i spędzała więcej czasu u babci niż we własnych domach, byliśmy najweselszą małą bandą na świecie. Ogród był naszym ulubionym miejscem, w którym spędzaliśmy większość chwil po przebudzeniu. Był to dla nas zaczarowany azyl przyjemności i w całym naszym skarbcu pamięci nie ma nic tak słodkiego i czarującego, jak te wspomnienia. Miejsca odwiedzane w późniejszych latach zatarły się i wyblakły, ale obraz każdego zakątka ogrodu babci jest tak żywy, jak w dniu, w którym widziałam go po raz ostatni. Było to wiele lat temu; ale nawet teraz z zamkniętymi oczami mogę iść wprost do grządki pod kaliną (the snowball tree) gdzie rozkwitały pierwsze fiołki (violets).
Drzwi dużego salonu otwierały się wprost na ogród. Schodziło się po czterech szerokich, niskich stopniach z naturalnych płyt czerwonego piaskowca, które pradziadek przyniósł z wybrzeża. Najniższy schodek był dość mocno zagłębiony w ziemi, a mięta (mint) porastała gęsto jego obrzeża. Często przydeptywana przez małe stopy, wydzielała obficie swój olejek, tak że miętowy zapach zawsze otaczał te drzwi jak niewidzialne błogosławieństwo.
Ogród był długi i wąski i lekko opadał na zachód. Z dwóch stron otoczony był wysokim kamiennym murem; przynajmniej wówczas myśleliśmy, że był wysoki; gdyż teraz mam wrażenie, że nie był aż taki wielki. Rzeczy mają nieznośny zwyczaj zmniejszania się, gdy dorastamy; ale niegdyś stojąc na palcach z ledwością mogliśmy spojrzeć ponad nim. A jeśli chcieliśmy mieć naprawdę dobry widok na rozległe, zielone pola nachylone ku morzu, które cicho wzywało nas srebrzystą i lśniącą plażą, musieliśmy wspiąć się na szczyt drabinki przymocowanej do zachodniego krańca.
Trzecią stronę zamykał dom, długi, oryginalny, bielony budynek, bogato przystrojony pnączami winobluszczem (Virginia creeper) i pnącymi różami (climbing roses). Pięć kwadratowych okien na piętrze sprawiało wrażenie, jakby mrugały do nas przyjaźnie przez pnącza; przynajmniej tak zawsze odbieraliśmy ten widok odkąd Historynka tak nam go opisała.
Przy narożniku domu mała bramka otwierała się na ogród kuchenny, w którym rosły warzywa; ale nigdy nie byliśmy nim zainteresowani - być może dlatego, że Jean-stara służąca babci, uważała go za swoją domenę i wypraszała intruzów.
„Wejdźcie do ogrodu kwiatowego - to jest właściwe miejsce dla dzieci” – zdawała się mówić, instynktownie postrzegając stosowność rzeczy.
Czwarta strona otoczona była jodłowym (fir) zagajnikiem, ciemnym i chłodnym miejscem, gdzie zwykle czuło się podmuchy wiatru, a w powietrzu unosił się żywiczny zapach drzew. Za jodłami był spory szpaler smukłych srebrnych brzóz (silver birches) i szepczących topoli (whispering poplars); a tuż za nim coś, co nazywaliśmy „dzikim ogrodem” - słoneczny trójkąt otoczony ogrodzeniami łąk, pełen dzikich kwiatów, jakie tylko mógł pomieścić: niebieskie i białe fiołki (blue and white violets), mniszki (dandelions), zimozioły (Junebells), dzikie róże (wild-roses), złocienie (daisies), jaskry (buttercups), astry (asters) i nawłocie (goldenrod) kwitnące obficie w kolejności pór roku. 
Ogród przecinały ścieżki wytyczone pod kątem prostym, otoczone dużymi białymi muszlami małży, których w obfitości dostarczała zatoka i wysypane żwirem z morskiego brzegu, złożonego z mieszanki kolorowych kamyczków i białych muszelek. Na kwaterach między ścieżkami i wzdłuż murków rosły wszystkie kwiaty świata, a przynajmniej tak nam się wówczas wydawało. Rośliny rosły w stałych miejscach. Różowych goździków (clove pinks) zasianych w dzień ślubu babci zawsze szukaliśmy, za wielkim krzakiem śnieguliczki (waxberry bush), a zacieniony róg za sumakami (sumacs) na wiosnę nabierał słodyczy dzięki białym narcyzom (white narcissus).
Oczywiście było mnóstwo róż (roses), które rosły bujnie i całą swoją słodycz wylewały co roku w hojnym kwitnieniu. Nigdy nie słyszano wówczas o pleśniach, ślimakach ani mszycach i poza okazjonalnym przycinaniem nie pielęgnowano specjalnie różanych krzewów. Po jednej stronie frontowych drzwi rósł rząd dużych pełnych różowych róż, a czerwone i białe rosły na środkowej rabacie. Po lewej stronie schodów znajdowała się jedna żółta róża pienna, ale nam najbardziej podobały się małe, kochane „szkockie róże” (“Scotch roses”). Och, jak pachnące, delikatne i cierniste były te półpełne róże z woskowymi płatkami zewnętrznymi i delikatnym bladoróżowym sercem! Jean przywiozła ze sobą ten krzew róży aż ze starego szkockiego ogrodu, kiedy była jeszcze podlotkiem, co w naszych oczach miało romantyczny walor, którego brakowały innym różom.
Babcina rabata z lawendą (lavender), kminkiem (caraway) i nostrzykiem (sweet clover) była bardzo droga jej sercu. Kminek i nostrzyk miały ochotę do zbytniego rozrastania się, a jednym z naszych obowiązków było trzymanie ich w ryzach i usuwanie każdego niesfornego pędu, który wysunął się poza przydzielone miejsce. Zbieraliśmy i suszyliśmy lawendę do babcinej bieliźniarki; a ona robiła nam pyszne kminkowe ciasteczka, których nie jadłam nigdzie indziej. Obawiam się, że takich ciastek nikt już dziś nie piecze.
Współczesny ogródek na PEI w Brackley Beach z zestawem staroświeckich bylin (mydlnice, liliowce, szałwie, floksy)
- dzięki  Bernadetcie Milewskiej
Wszystkie rabaty były obrzeżone pasiastą mozgą (ribbon grass). Wielkie czerwone piwonie (red peonies) rosły wzdłuż skraju jodłowego gaju, prezentując się wspaniale na ciemnym tle, a malwy (hollyhocks) stały sztywno w szeregach przy bramce kuchennego ogrodu. Kwatera obok nich była godna uwagi, kiedy rozkwitały żółte żonkile (yellow daffodils) i tulipany (tulips). Przed drzwiami znajdowała się kępa lilii tygrysich (tiger-lilies), a rząd dalej białe lilie świętego Antoniego (madonna-lilies). Pod pojedynczą wielką sosną (pine tree) stała kamienna ławka, podobnie jak schody wykonana z płaskich kamieni z wybrzeża, wygładzonych przez wiatr i fale. Zaraz za tą ławką rosły blade, słodkie kwiaty, których nazwy nie mogliśmy poznać. Wydawało się, że nikt nic o nich nie wie. Były tam już, kiedy ojciec dziadka kupił to miejsce. Nigdy nie widziałam ich gdzie indziej, ani nie znalazłem ich opisanych w żadnym katalogu. Nazwaliśmy je Białymi Damami – to Historynka nadała im to imię. Powiedziała, że wyglądają jak dusze dobrych kobiet. Były bardzo eteryczne i cudownie delikatne, z dziwnymi ulotnym zapachem, wyczuwalnym z niewielkiej odległości i zanikającym, gdy pochyliłeś się nad kwiatem. Przekwitały wkrótce po zerwaniu i chociaż liczni nieznajomi podziwiając ich urok, często zabierali korzenie i nasiona, to jednak próby wyhodowania ich w innym miejscu kończyły się niepowodzeniem.
Była tam jedna bardzo staromodna grządka pełna serduszki (bleeding hearts), goździków brodatych (Sweet William), bukietu panny młodej (bride’s bouquet), lnicy (butter-and-eggs), Adama i Ewy (Adam-and-Eve), orlików (columbines), różowych i białych stokrotek (pink and white daisies) i mydlnicy (Bouncing Bets). Ta rabata najbardziej nam się podobała, ponieważ mogliśmy zrywać rosnące tam kwiaty, kiedy tylko chcieliśmy. W innych przypadkach musieliśmy poprosić o pozwolenie, chociaż rzadko nam odmawiano.
Maki (poppies ) były jedynymi roślinami w ogrodzie z licencją na wędrówki. Pojawiały się wszędzie; ale ich grządka znajdowała się w północno-zachodnim rogu i tam ich obrębione jedwabne spódnice powiewały na tle niskiego zagajnika młodych jodeł. Asparagus (Asparagus) doceniony ze względu na pierzasty wdzięk, rósł za studnią, w pobliżu konwalii (lilies-of-the-valley). Środkową ścieżkę przecinały w regularnych odstępach trzy łuki ozdobione wiciokrzewem (honeysuckle).
Studnia była osobliwą, zarośniętą starą budowlą w dole ogrodu. Cztery słupy podtrzymywały dziwny daszek, przypominający dach chińskiej pagody, prawie zupełnie pokryty pnączem (vines), które zwisało z niego do ziemi w długich, kołyszących się festonach. Studnia była bardzo głęboka i ciemna. Za pomocą kołowrotu wyciągano omszone, stare wiadro zawieszone na łańcuchu. Przypominało małą beczkę wzmocnioną metalowymi obręczami i pełne było lodowato zimnej wody. Tak głęboko, jak mogliśmy zobaczyć, ściany studni porastały najpiękniejsze paprocie.
Ogród był pełen ptaków; niektóre z nich uważaliśmy za starych przyjaciół, bo co roku gniazdowały w tych samych miejscach i nigdy się nas nie bały. Para błękitników (bluebirds) szczególnie polubiła zagłębienie w cembrowaniu studni; dwa trznadle zajęły starą dziuplastą topolę w południowo-zachodnim rogu. Złotawe czyże (Wild canaries) prowadzą porządki w wielkim krzaku bzu przed oknami salonu. Pewnego ekscytującego lata para kolibrów zbudowała gniazdko w środkowym łuku wiciokrzewu. Dziki sierpniowy wicher i ulewa uszkodziły kruche mocowanie i zrzuciły gniazdko na ziemię, gdzie znaleźliśmy go następnego ranka. My, dziewczęta, płakałyśmy nad tragedią; a potem rzucałyśmy losy, aby zdecydować, do której należeć będzie to cudowne, nie większe niż orzech gniazdko, wykonane z puchu i porostów. Kolibry nigdy nie wróciły, choć każdego lata tęsknie ich wypatrywaliśmy. Drozdy wędrowne (Robins) liczne, zwłaszcza wczesną wiosną, wielkie, eleganckie, zuchwałe kolesie, puszyły się przy ścieżkach. W letnie wieczory po zachodzie słońca gwizdały między jodłami słodką, na wpół melancholijną melodię.
Wiejski tradycyjny polski ogródek z roślinami ozdobnymi (maki, nagietki) i warzywami (koper, cebula itd.)
Ogród, który ma tyle lat, miał oczywiście swoje własne legendy. Jedna z fascynujących opowieści mówiła o „poecie, który został pocałowany”. Pewnego dnia, dawno temu, kiedy dziadek był małym chłopcem, do tego ogrodu przyszedł młody mężczyzna - taki, którego imię zaczynała  już otaczać girlanda sławy, która w przyszłości miała zalśnić pełnym blaskiem. Przyszedł do ogrodu, aby napisać wiersz i zasnął z głową opartą na starej, kamiennej ławce. Do ogrodu weszła wówczas ciotka Alice, która nie była jeszcze niczyją ciotką, ale osiemnastoletnią dziewczyną o roześmianych oczach, czerwonych ustach i ciemnych włosach, słodką, śmiałą i nieco swawolną. Właśnie wróciła do domu po dłuższej nieobecności i nie wiedziała nic o słynnym gościu swojego brata; który spał głęboko w ogrodzie pod sosną,
Psotna Alicja wzięła go za nieoczekiwanego kuzyna ze Szkocji i pochylając się, aż jej długie ciemne loki omiotły jego ramię, musnęła jego opalony policzek pocałunkiem lekkim i delikatnym jak opadający płatek róży. Ten otworzył swoje duże niebieskie oczy i spojrzał na twarz Alice, właśnie płonącą rumieńcem, bo od razu zdała sobie sprawę, że to nie może być szkocki kuzyn. Poznała gdyż mówiono, że kuzyn miał oczy jak aksamitnobrązowe takie jak jej własne. Piękna Alice zerwała się na równe nogi i uciekła przez ogród w strasznym zawstydzeniu. Konfuzja nie zmniejszyła się, kiedy dowiedziała się kim naprawdę jest śpiący książę. Jak można się spodziewać wszystko jednak zakończyło się szczęśliwie, biciem w weselne dzwony na ślubie Alice i jej poety.
Historią, która najbardziej nas fascynowała, był „Zagubiony diament”. Wkrótce po ślubie dziadka i babci odwiedziła ich pewna wielka dama, kobieta, której biała, szlachetna dłoń błyszczała brylantem. Udała się na spacer po ogrodzie; a diament lśnił w pierścieniu, gdy schodziła po schodach z piaskowca. Babcia zauważyła jego blask, kiedy wielka dama schodząc unosiła skraj jedwabnej sukni. Lecz kiedy wracała, oprawa w pierścieniu była pusta, a diament zniknął. Nigdy go też nie znaleziono, ani wówczas, ani później, chociaż niczego nie szukano równie gorliwie. Ta historia miała trwały urok dla nas, dzieci. Podczas różnych ogrodowych prac zawsze mieliśmy tajemną nadzieję, że znajdziemy kamień, dzięki czemu nasz trud wydawał się lekki. Nikt nie sprzeciwiał się pieleniu chwastów, gdyż każde wyrwany korzonek dawał szansę na nagrodę w postaci gwiaździstego blasku utraconego klejnotu.
Poza tym nasz ogród miał ducha. My dzieci, nie mieliśmy się o tym dowiedzieć - babcia myślała, że to nas przerazi i zakazała jakichkolwiek aluzji na ten temat w naszej obecności. Jej środki ostrożności były jednak bezużyteczne, ponieważ wiedzieliśmy wszystko od Historynki. Skąd Historynka poznała opowieść, nie mogę powiedzieć; ale legenda wcale nas nie przerażała. Wprost przeciwnie byliśmy bardzo podekscytowani i dumni. Przecież nie każdy ogród ma ducha. Wydawało się więc, że jest to pewna nobilitacja. Nigdy nie widzieliśmy naszego ducha, ale nie dlatego, że go nie szukaliśmy.
Historynka opowiedziała nam legendę pewnego mglistego zmierzchu.  Wiedziała jak to robić, aby podekscytować słuchaczy. Tajemniczy szept i spojrzenia rzucane na wszystkie strony, budowały napięcie opowieści, która przedstawiała się następująco:
Dawno temu, jeszcze przed urodzeniem się dziadka, osierocona kuzynka mieszkała z jego rodzicami. Nazywała się Edith, była drobna, i mała słodkie tęskne oczy, bardzo długie, eleganckie, brązowe loki i drobne znamię, jak różowy motyl na owalnym policzku. Miała ukochanego, młodego syna sąsiada, który pewnego dnia szepnął jej nieśmiało, że jutro przyjdzie, by zadać jej bardzo ważne pytanie i chciałby ją spotkać w ogrodzie. Edith obiecała czekać na niego przy starej kamiennej ławce. Nazajutrz ubrała się w sukienkę z bladoniebieskiego muślinu, wygładziła loki i czekała z uśmiechem w umówionym miejscu. Wówczas nadszedł bezmyślny kuzyn, który z chłopięcą  nierozważnością oznajmił, że jej kochanek został zabity tego ranka w wyniku przypadkowego wystrzału broni. Po tym zdarzeniu Edith już nigdy nie była sobą i wciąż była niespokojna. Uspakajała się tylko wtedy gdy ubrana w niebieską suknię zasiadała na starej ławce, czekając na narzeczonego - bo przecież na pewno kiedyś przyjdzie, jak mówiła. Z każdym dniem bladła coraz bardziej, ale mały różowy motyl stawał się coraz mocniej czerwony, aż wyglądał jak plama krwi na jej białej twarzy. Kiedy nadeszła zima umarła i następnego lata zaczęto szeptać, że czasem widuje się Edith siedzącą na ławce i wyczekującą ukochanego. Widziała ją więcej niż jedna osoba.
„Dziadek widział ją, gdy był małym chłopcem”, powiedziała Historynka, tajemniczo kiwając głową. „Moja matka też ją widziała, ale tylko raz”.
„Czy ty kiedykolwiek ją  widziałaś?” chciał się dowiedzieć sceptyczny chłopak.
Historynka pokręciła głową.
„Nie, ale kiedyś zobaczę, jeśli nie przestanę wierzyć”, odpowiedziała z przekonaniem.
„ Nie chciałbym jej widzieć – bałabym się” - powiedziała nieśmiała dziewczyna z lekkim dreszczem.
„Właściwie nie ma się czego bać - zapewniła ją Historynka.  „Przecież to nie jest żaden obcy duch. To nasz duch rodzinny, więc nie wyrządzi nam żadnej krzywdy.”
Często „odgrywaliśmy” historię Alice i jej poety; odszukiwaliśmy utracony diament w tysiącu różnych miejsc; ale nigdy nie odtwarzaliśmy historii Edith. Duchy są niepewnymi istotami, w których sprawy nie można się wtrącać - nawet jeśli są duchami rodzinnymi.
Mieliśmy własne gry i sporty, głównie oryginalne, ponieważ Historynka wymyślała je łatwiej, niż większość dzieci mówiła. Nasz zabawowy domek był w jodłowym zagajniku. Mieliśmy półki na drzewach z imponującym zestawem potłuczonych naczyń i kawałkami kolorowego szkła. Mieliśmy „szafki” wydrążone wśród wielkich korzeni i wyłożone mchem. Pletliśmy wieńce i korony z różowych stokrotek, a każda dziewczyna zostawała królową jednego dnia. Urządzaliśmy mnóstwo pikników i festiwali. Ale kiedy wszystko zostało powiedziane i zrobione, najbardziej podobały się nam opowieści Historynki.
Wspinaliśmy się na szczyt zachodniego murku lub siadaliśmy na trawie pod kołyszącymi konarami jodły i słuchaliśmy godzinami. Historynka była sierotą, która zawsze mieszkała u babci. Była szczupła, śmigła i szczupła, miała owalną brązową twarz i duże ciemnoniebieskie, rozmarzone oczy. Miała cudowną pamięć i talent do dramatycznego malowania słów. Połowę historii „tworzyła z własnej głowy” i uważaliśmy je za wspaniałe. Nawet teraz myślę, że istotnie były wspaniałe i wierzę, że gdyby żyła świat by o niej słyszał. Umarła jako nastolatka w obcym kraju, z dala od ukochanego ogrodu. To ona trzymała „księgę ogrodową”. Znalazłam ją w pudełku na strychu, kiedy ostatni raz byłam w starym domostwie i zabrałem ją ze sobą. Wiele wpisów sprawiło, że przeszłość znów wydała się teraźniejszością:
Drzwi kuchenne i ganek z wyjściem na ogród źródło Old Time Gardens autorstwa Alice Morse Earle

Dwudziesty kwietnia
Jest wiosna i bardzo się cieszę. Piękno zimy polega na tym, że doceniasz wiosnę. Małe zielone kiełki wystają wszędzie w ogrodzie. Zawsze zaczynam dzień od sprawdzenia, ile urosły od wczoraj. Dziś pomogłam babci sadzić słodki groszek i obsadziłam własną małą grządkę. W tym roku nie zamierzam wykopywać nasion, aby sprawdzić, czy wyrosły. To im z pewnością nie służy. Spróbuję pielęgnować cierpliwość.
Dziś w gaju jodłowym czytałam nową książkę o wróżkach. Jodłowy zagajnik jest właściwym miejscem do czytania bajek. Sally twierdzi, że nie widzi, różnicy gdzie je czytasz, ale ja sądzę, że tak.
10 maja
Ciepły dzień z południowym wiatrem. Babcia i Jean skończyły dziś obsadzać ogród warzywny. Nie lubię patrzeć na ogród warzywny, chyba że jestem głodna. Wtedy lubię patrzeć na ładne rzędy cebuli i buraków.
Dwudziesty ósmy maja
Przez cały dzień byłam zajęta pieleniem. Sally i Jack przyszli i pomogli mi. Nie przeszkadza mi pielenie, ale zawsze żal mi biednych chwastów. Wyrywanie musi być dla nich bolesne; ale nie powinny wyrastać w niewłaściwym miejscu. Przypuszczam, że jeśli chwasty kiedykolwiek trafią do nieba, będą kwiatami. Mam nadzieję, że niebo będzie pełne kwiatów. Myślę, że mogłabym być zawsze dobra, gdybym cały czas mieszkała w ogrodzie. Chociaż Adam i Ewa mieszkali w ogrodzie i nie zawsze byli w porządku.
Ósmy czerwca
Dziś rano padało. Ogród jest zawsze taki słodki po deszczu. Wszystko jest tak świeże i czyste, a zapachy są piękniejsze niż kiedykolwiek. Chciałbym, żeby zapachy można było zobaczyć tak jak wąchać. Jestem pewna, że byłyby piękne. Billy mówi, że to tak jest, kiedy dziewczyna życzy sobie czegoś głupiego! Billy jest bardzo praktyczny - nigdy nie pomyślałby o współczuciu dla chwastów. Dziadek mówi, że jest bardzo zrównoważony. Oczywiście dobrze jest być zrównoważonym, ale masz wtedy mniej zabawy.
Nasze ogrodowe dzwonki (Canterbury-Bells) zniknęły. Myślę, że „Canterbury-Bells” to pięka nazwa. Sprawia, że myślisz o katedrach. Sweet William (Słodki William - goździk brodaty) to okropne imię dla kwiatu. William to imię mężczyzny, a oni nigdy nie są słodcy. Bywają wspaniali, ale nie są słodcy i nie powinni. To jest właściwe dla kobiet.
17 czerwca
Ogród wygląda zupełnie inaczej przy świetle księżyca. Jest bardzo piękny, ale inny. Kiedy byłam małą dziewczynką, wierzyłam, że wróżki tańczą w ogrodzie przy świetle księżyca. Chciałabym nadal w to wierzyć, ale tak trudno uwierzyć, że rzeczy, o których wiesz, że nie są prawdą. Wujek James powiedział mi, że nie ma wróżek. Jest pastorem, więc oczywiście wiedziałam, że mówił prawdę. Jego obowiązkiem było powiedzieć mi i nie winię go, ale odtąd nigdy nie czułam  sympatii do wuja Jamesa.
Dzisiaj odegraliśmy Alice i poetę. Najbardziej lubię tę scenkę, ale dzisiaj mi się nie podobała, ponieważ Billy był poetą i nie wyglądał ani trochę poetycko - jego twarz jest tak okrągła i piegowata. Chciało mi się śmiać i to wszystko zepsuło. Zawsze bardziej mi się podoba, gdy Jack jest poetą; trzyma się roli i nigdy nie mruży oczu tak mocno, jak Billy. Ale rzadko można namówić Jacka do bycia poetą, a Billy jest uczynny.
20 lipca
Dziś wszyscy pomagaliśmy babci przygotować suszone płatki róży. Zebraliśmy kwartę płatków. Najbardziej pachnące rosną na ślubnym krzaku babci. Kiedy babcia wyszła za mąż, miała bukiet białych róż i jedną z gałązek posadziła w ogrodzie nie sądząc aby się naprawdę przyjęła. Tak się jednak stało i jest to teraz największy krzew w ogrodzie. Zabawna wydaje się myśl, że był kiedyś czas kiedy dziadek i babcia nie byli małżeństwem. Myślisz, że wyglądają, jakby zawsze byli poślubieni. Cóż by to była za okropna rzecz, gdyby nie wzięli ślubu! Nie sądzę, żeby w ogóle było tu jedno z nas dzieci; lub nawet gdybyśmy byli, stanowilibyśmy część innych rodzin i byłoby to równie fatalne. Kiedy myślę, jak okropnie byłoby urodzić się jako część innej rodziny lub wcale się nie urodzić, czuję się bardzo wdzięczna, że dziadek i babcia poślubili się nawzajem, chociaż na świecie jest tak wielu innych ludzi, których mogliby wybrać.
Staram się pokochać cynie (zinnias), ponieważ wydaje się, że nikt ich wcale nie lubi i jestem pewna, że one muszą to czuć; ale cały czas w głębi serca wiem, że najbardziej kocham róże. Po prostu nie możesz nie kochać róż.
19 sierpnia
Tego popołudnia babcia pozwoliła nam napić się herbaty w ogrodzie i było cudownie. Rozłożyliśmy obrus na trawie przy studni i to było jak piknik. Wszystko smakowało dwa razy lepiej, a mrówki w ogóle nam nie przeszkadzały.
Zamierzam nazywać bylicę “apple-ringie”. Jean mówi, że tak nazywają ją w Szkocji i myślę, że brzmi to o wiele bardziej poetycko niż bylica. Jack mówi, że właściwym imieniem jest „miłość chłopca” (boy’s love), ale myślę, że to głupie.
Piąty września
Billy mówi, że bogaty mężczyzna w mieście ma w swoim ogrodzie zegar kwiatowy. Wygląda jak tarcza zegara i są na niej kwiaty, które otwierają się co godzinę, tak więc zawsze możesz określić czas. Billy żałuje, że go tu nie mamy, ale ja nie. Jaki byłby z tego pożytek? Nikt w ogrodzie nigdy nie chce wiedzieć, która jest godzina.
Nadeszła moja kolej, aby zostać królową i cały dzień nosiłam koronę ze stokrotek. Lubię być królową, ale tak naprawdę nie ma w tym tyle radości, co z bycia zwykłą osobą. Poza tym cała reszta nazywa cię „Waszą Wysokością” ilekroć znajdzie się w waszej obecności, oczywiście jeśli nie zapomni, a to sprawia, że czujecie się trochę samotni.
Dwudziesty siódmy września
Cienie to takie ładne rzeczy, a ogród zawsze jest ich pełen. Czasami są tak spokojne, że wydaje ci się, że śpią. Potem znowu się śmieją i skaczą. Na zewnątrz, na polach zawsze gonią się nawzajem, są dzikimi cieniami. Cienie w ogrodzie to oswojone cienie.
20 października
Wszystko wydaje się być dość zmęczone wzrostem. Sosna, jodły i chryzantemy. Światło słoneczne jest gęste, żółte i leniwe, a świerszcze cały czas jeszcze grają. Ptaki prawie wszystkie zniknęły.
Pewnego dnia myślałam, że w końcu widziałam ducha. Szłam przez gaj jodłowy i zobaczyłam kogoś w niebieskim ubraniu siedzącego na ławce. Jak biło moje serce! Ale w końcu okazało się, że to tylko gość. Nie wiem, czy byłam bardziej zadowolona czy rozczarowana. Nie sądzę, by było to przyjemne doświadczenie zobaczyć ducha; ale gdybyś zobaczyła, to stałabyś się bohaterką.
10 listopada
Wczoraj w nocy było trochę śniegu, ale wszystko się stopiło, gdy tylko wzeszło słońce. Wszystko w ogrodzie poszło spać i jest teraz samotnie i smutno. Nie sądzę, żebym więcej pisała w ogrodowej książce aż do wiosny.
Dzieci w ogrodzie źródło Old Time Gardens autorstwa Alice Morse Earle
Wczesny poranek był wyjątkowym czasem w ogrodzie. Delikatne rosy lśniły wszędzie, a cienie były czarne, długie i wyraźne. Nad zatoką wisiały blade, zabarwione brzoskwiniowo mgły, a mały wietrzyk przelatywał przez pola i szeleścił w liściach topoli w dzikim kącie. Ale wieczór był jeszcze piękniejszy, kiedy zachód Słońca wypełniał wszystko delikatnym cieniem i młody księżyc zawisł nad morzem na zachodzie. Drozdy wędrowne gwizdały w jodłach, a nad polami czasami dochodziła muzyka z łodzi w zatoce. Siedzieliśmy na starej kamiennym murku i obserwowaliśmy gasnące światła na wodzie oraz gwiazdy wschodzące nad morze. I w końcu babcia zeszła wiciokrzewową ścieżką i powiedziała nam, że nadszedł czas, aby ptaki, dziewczęta i dzieci leżały w łóżku. Potem odfrunęliśmy do naszych gniazd w domu, a wonny mrok letniej nocy osiadł nad Ogrodem Dawnych Rozkoszy.

6 komentarzy:

  1. Z całego serca dziękuję za ten wpis... przeniósł mnie do ogródów moich marzeń i znów zapalałam chęcią zrobienia z naszego mini ogródeczka tajemniczego ogródka pelnego wróżek, elfików i jednego porządnego, starego sosnowego enta... dziękuję za dostarczenie mi tych pięknych wrażeń dzisiejszego wieczoru...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za odwiedziny i miły komentarz i życzę powodzenia w realizacji planów ogrodowych. Nasz ogródek istnieje dzięki mojej małżonce, która jest jego dobrym duchem. A z ogrodowych mieszkańców to brakuje mi jeży, które mimo, że kiedyś odprawiały u mnie gody, jakoś nie chcą na trwale się osiedlić. Za to ptaków nie brakuje - w tym roku rudziki chyba zdecydowała się zimować - martwię się o ich los

      Usuń
  2. Dzięki Panu wpisowi, przeniosłem się w świat własnych ogrodów z dzieciństwa u kochanej mej cioci, u której spędzałem często wakacje. To było czarowne miejsce bardzo podobne do tego co opisywała L. M. Montgomery. Podziwiam wiedzę i serce do roślin i kwiatów. Jako dzieci nie rozumieliśmy dlaczego dorośli często strofowali nas, aby w ogrodzie uważać by nie zniszczyć roślin. Dlatego bezpieczniej było bawić się w chaszczach i krzakach. 😄 Dziękuję i pozdrawiam. 🖐️🙂

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziękuję za wizytę. Cóż może te niegdysiejsze kanadyjskie dzieci były spokojniejsze, że im na więcej pozwalano? A może ich ogródki były jednak większe? Za dzieciaka niespecjalnie lubiłem prace ogrodowe, niekiedy tylko pomagałem przy zakładaniu grządek. Stałego ogrodu kwiatowego mama nie prowadziła. Sam wolałem jednak wędrować do lasu na grzyby, albo nad rzekę :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Solidnie napisane. Pozdrawiam i liczę na więcej ciekawych artykułów.

    OdpowiedzUsuń